Myślę o tym, jak wiele się zmieniło. Jak wiele rzeczy udało mi się przemienić tak, by siedziały w mojej głowie na właściwym miejscu.
Nie używałam do tego siły. Ani trochę. Nie musiałam się do niczego przekonywać. Po prostu zmieniłam punkt widzenia. Na początku kwestionowałam wszystko, co było stare, spróchniałe, złośliwe, zdenerwowane i lekko też melancholijne. Czasem rozpaczliwe.
Właściwie to nie kwestionowałam. Po prostu zaczęłam z tym żyć.
I żyję. Bo od niektórych rzeczy nie ma co uciekać. Są ze mną. No trudno. Ale póki nikt ani nic nie pokazałoby mi, że teoretycznie można żyć bez nich (pokazują to w kółko reklamy i dziwne filmy), po prostu zawsze by ze mną były.
Przecież to takie normalne, czuć strach, lęk i wstyd, za siebie i innych. Ich odczuwanie nie jest nawet bardzo nieprzyjemne. Ot, ścisk żołądka. Ot, napięcie mięśni. Ot, jeszcze inne syndromy, które nie są przecież wcale takie straszne. Takie jest życie.
Dziś jechałam na rowerze nową ścieżką rowerową, prawie prosto do domu. Ta ścieżka objawia mi codziennie nowe rzeczy. Przedwczoraj, gdy tylko na nią wjechałam, poczułam, jak bardzo niska jestem na rowerze w stosunku do krzaków, ptaków i chmur. Poczułam się jak obserwatorka całej tej planety, zacieśnionej do jednej polany przy ścieżce. Ale dobrze czasem po prostu patrzeć. Dobrze czasem słyszeć.
Dziś był piękny zachód słońca na który co chwila obracałam się, bo jechałam na wschód. Była pomarańczowa kula, pomarańczowo-różowo-śliwkowo-fioletowe niebo, a przede mną, jakieś 20 kilometrów przede mną wielkie granatowe chmury, z których widać było sączący się deszcz. Więc tęcza oczywiście też była. I tak jest właśnie pięknie - słońce grzeje kark, a na okularach pojawiają się pierwsze, nieśmiałe krople. I tak też wygląda życie - nigdy nie jest jednoznaczne.
Jednoznaczne jest tylko dla nas, bo przybieramy konkretny punkt widzenia. Obserwuję, że bardzo dużo osób widzi tylko granatowe chmury.
Ja wybieram słońce.
Proces-Struktura-Wyjście
poniedziałek, 25 sierpnia 2014
piątek, 20 czerwca 2014
7.
Nic nie dzieje się bez przyczyny. Nic, zupełnie nic, absolutnie nic. Wszystko, co się zdarzyło, miało się zdarzyć, bo dzięki temu jestem teraz, w tym miejscu. Wszystko, co dzieje się teraz jest takie, jakie powinno być. I to, co zdarzy się niebawem - tego też nie powinnam się bać, bo nie zdarzy się ot, tak, przypadkowo.
Naprawdę w to wierzę. Zaczęłam w coś wierzyć, ale to nie żadna religia, bo wierzę w to prawie bez wątpliwości, czasem po prostu o tym zapominam.
I daję się wtedy wciągnąć w gierki, wyrzuty, spięcia, kłótnie, moje-twoje-racje i inne mało efektywne zdarzenia, które nic w gruncie rzeczy nie dają. Bo nikt nie zmieni ani swoich racji, ani swoich poglądów. Ma być taki/taka a nie inny/inna i koniec.
Im więcej rzeczy odpuszczam, im mniej ich się trzymam, tym lepiej mi się robi. Stresująca i hamująca reakcja na cokolwiek świadczy tylko o tym, że właśnie nad tą rzeczą powinnam popracować.
To, jak odbieram ludzi mnie otaczających świadczy o tym, jak odbieram siebie. Bo tylko siebie jestem pewna, całe życie prowadzę dialog ze sobą i na jego podstawie tworzą mi się myśli o innych ludziach.
Przecież to takie proste. Takie oczywiste. Takie jednoznaczne. A jednak o tym zapomniałam, już jakiś czas temu.
Nie jestem swoimi myślami. Czas je porządnie zakwestionować. Popracować nad tym, jak CHCĘ odbierać rzeczywistość. A nie nad tym, jak ją odbieram. Naprawdę mam wybór. I teraz, po uświadomieniu sobie tego wszystkiego, będę godzić się z moim największym życiowym uzależenieniem - uzależnieniem od lęku, bólu, gniewu i złości. Jest częścią mnie, ale nie muszę dawać mu zawsze pierwszego i najważniejszego, decyzyjnego głosu. I nie chcę.
Nie muszę się nakręcać niczym nowym. Chcę zostać tu, wypełnić swoje ciało i żyć w nim. Nie chcę wypełniać niczyich wyobrażeń o mnie.
Nie są mi już potrzebne.
Naprawdę w to wierzę. Zaczęłam w coś wierzyć, ale to nie żadna religia, bo wierzę w to prawie bez wątpliwości, czasem po prostu o tym zapominam.
I daję się wtedy wciągnąć w gierki, wyrzuty, spięcia, kłótnie, moje-twoje-racje i inne mało efektywne zdarzenia, które nic w gruncie rzeczy nie dają. Bo nikt nie zmieni ani swoich racji, ani swoich poglądów. Ma być taki/taka a nie inny/inna i koniec.
Im więcej rzeczy odpuszczam, im mniej ich się trzymam, tym lepiej mi się robi. Stresująca i hamująca reakcja na cokolwiek świadczy tylko o tym, że właśnie nad tą rzeczą powinnam popracować.
To, jak odbieram ludzi mnie otaczających świadczy o tym, jak odbieram siebie. Bo tylko siebie jestem pewna, całe życie prowadzę dialog ze sobą i na jego podstawie tworzą mi się myśli o innych ludziach.
Przecież to takie proste. Takie oczywiste. Takie jednoznaczne. A jednak o tym zapomniałam, już jakiś czas temu.
Nie jestem swoimi myślami. Czas je porządnie zakwestionować. Popracować nad tym, jak CHCĘ odbierać rzeczywistość. A nie nad tym, jak ją odbieram. Naprawdę mam wybór. I teraz, po uświadomieniu sobie tego wszystkiego, będę godzić się z moim największym życiowym uzależenieniem - uzależnieniem od lęku, bólu, gniewu i złości. Jest częścią mnie, ale nie muszę dawać mu zawsze pierwszego i najważniejszego, decyzyjnego głosu. I nie chcę.
Nie muszę się nakręcać niczym nowym. Chcę zostać tu, wypełnić swoje ciało i żyć w nim. Nie chcę wypełniać niczyich wyobrażeń o mnie.
Nie są mi już potrzebne.
czwartek, 12 czerwca 2014
6.
Ostatnio rozmawiam ze swoją intuicją. Toczymy długie, nocne dyskusje (bo tylko wtedy jest w miarę chłodno) i zastanawiamy się razem, w którą stronę chcemy iść.
Właściwie nie mam całościowego obrazu tego, co chcę w najbliższym czasie robić. Nie mam planu, nie mam terminarza. Mam tylko kalendarz, ale jest prawie niewypełniony i kończy się wraz z tym rokiem.
Wiem za to, dzięki intuicji właśnie, że w jednej rzeczy chcę uczestniczyć, a w innej już nie. Nie zawsze wiem, dlaczego. I nie lubię, gdy ktoś domaga się ode mnie odpowiedzi. Bo często jej nie znam. Znam za to całkiem dobrze siebie i ten mały, cichy, ukochany przeze mnie głos, który mówi, że czas się pożegnać i przywitać coś nowego.
Wczoraj poczułam smutek. Ale byłam go świadoma, zaakceptowałam go. Po raz pierwszy od dłuższego czasu płakałam. I dobrze, cieszę się z tego.
A potem otrzymałam pomoc i właściwie już zapomniałam o tym, że było mi smutno. Aktualnie trawię. Trawię swoją decyzję, ale wiem, że jest słuszna.
Tyle jeszcze rzeczy chcę zobaczyć i tylu jeszcze spróbować. Tyle chcę robić i tyle zmienić. Nie wiem, czy starczy mi na to czasu. I na początku wydawało mi się, że całe moje działanie jest niepoukładane, że robię za dużo rzeczy na raz i że właściwie jest to działanie bezcelowe.
Teraz, gdy mogę przyjrzeć się pewnym rzeczom z dystansu widzę, że tak właśnie miało być. I to, jak jest teraz, też ma jakiś swój cel. Jaki? Nie wiem. Ale nie mogę domagać się, by cel ten się ujawnił. Czuję to podskórnie, gdzieś w okolicy kości. Zresztą, gdyby cel ten się ujawnił teraz prawdopodobnie przestraszyłabym się go i uznała, że nie podołam. Widocznie nie jestem jeszcze na tyle odporna, widocznie nie mam jeszcze tylu środków i doświadczenia, by go poznać.
Ale znowuż, dobrze wiem, kiedy chcę coś robić, a kiedy nie chcę. Czasem nie wiem tylko, dlaczego. Czy to złe? Nie. Nie wszystko musi być nazwane, nie wszystko musi być ubrane w słowa. Bo co z tego, że to moje słowa, skoro ktoś inny zrozumie je inaczej? Słowa zubażają znaczenie, jesteśmy uwięzieni w naszych wyobrażeniach o słowach, w naszych słownych konotacjach i słownym pojmowaniu rzeczywistości. Niby oczywista oczywistość. Ale uświadamiam ją sobie dopiero, gdy przyjdzie mi się z nią skonfrontować.
To bolesne konfrontacje. Ale bardzo przydatne. I uczące bardziej, niż konfrontacje niebolesne i przyjemne.
Elämä etenee, jak mawiają.
Właściwie nie mam całościowego obrazu tego, co chcę w najbliższym czasie robić. Nie mam planu, nie mam terminarza. Mam tylko kalendarz, ale jest prawie niewypełniony i kończy się wraz z tym rokiem.
Wiem za to, dzięki intuicji właśnie, że w jednej rzeczy chcę uczestniczyć, a w innej już nie. Nie zawsze wiem, dlaczego. I nie lubię, gdy ktoś domaga się ode mnie odpowiedzi. Bo często jej nie znam. Znam za to całkiem dobrze siebie i ten mały, cichy, ukochany przeze mnie głos, który mówi, że czas się pożegnać i przywitać coś nowego.
Wczoraj poczułam smutek. Ale byłam go świadoma, zaakceptowałam go. Po raz pierwszy od dłuższego czasu płakałam. I dobrze, cieszę się z tego.
A potem otrzymałam pomoc i właściwie już zapomniałam o tym, że było mi smutno. Aktualnie trawię. Trawię swoją decyzję, ale wiem, że jest słuszna.
Tyle jeszcze rzeczy chcę zobaczyć i tylu jeszcze spróbować. Tyle chcę robić i tyle zmienić. Nie wiem, czy starczy mi na to czasu. I na początku wydawało mi się, że całe moje działanie jest niepoukładane, że robię za dużo rzeczy na raz i że właściwie jest to działanie bezcelowe.
Teraz, gdy mogę przyjrzeć się pewnym rzeczom z dystansu widzę, że tak właśnie miało być. I to, jak jest teraz, też ma jakiś swój cel. Jaki? Nie wiem. Ale nie mogę domagać się, by cel ten się ujawnił. Czuję to podskórnie, gdzieś w okolicy kości. Zresztą, gdyby cel ten się ujawnił teraz prawdopodobnie przestraszyłabym się go i uznała, że nie podołam. Widocznie nie jestem jeszcze na tyle odporna, widocznie nie mam jeszcze tylu środków i doświadczenia, by go poznać.
Ale znowuż, dobrze wiem, kiedy chcę coś robić, a kiedy nie chcę. Czasem nie wiem tylko, dlaczego. Czy to złe? Nie. Nie wszystko musi być nazwane, nie wszystko musi być ubrane w słowa. Bo co z tego, że to moje słowa, skoro ktoś inny zrozumie je inaczej? Słowa zubażają znaczenie, jesteśmy uwięzieni w naszych wyobrażeniach o słowach, w naszych słownych konotacjach i słownym pojmowaniu rzeczywistości. Niby oczywista oczywistość. Ale uświadamiam ją sobie dopiero, gdy przyjdzie mi się z nią skonfrontować.
To bolesne konfrontacje. Ale bardzo przydatne. I uczące bardziej, niż konfrontacje niebolesne i przyjemne.
Elämä etenee, jak mawiają.
czwartek, 5 czerwca 2014
5.
Momenty oświecające, momenty przypominające, momenty tu-i-teraz. Momenty bez dopalaczy, momenty zapomniane, momenty zakopane za ścianą uzależnień.
Uderzyły mnie dziś wszystkie, jeden po drugim. Kolejność przypadkowa, jeden się kończył, drugi się zaczynał, w tym momencie wchodził też trzeci. Wszystko się zapętliło. Moja głowa sama się zapętliła, nie musiałam nic robić. Nie pomogłam jej ani razu.
Ale to dobre momenty. Poczułam dziś wszystko. Poczułam radość, poczułam smutek. Poczułam gniew, poczułam współczucie i ulgę.
Wiele z nich dopuściłam do siebie i pozwoliłam im zadziałać. W końcu to, co ma się zdarzyć, i tak się zdarzy.
Akceptuję to. I tak nie mam wyjścia. Z jednej strony mogłabym się zbuntować, ale z drugiej... no, po co? Po co szarpać się z życiem, skoro ono i tak przyniesie rozwiązanie. Skoro jest wartością samą w sobie i niesie mnie tam, gdzie czuję, że powinno.
Nawet to, że robię teraz kilka rzeczy, na które nie mam ochoty, jest w jakiś sposób spełnieniem mojego losu. Bo może kiedyś na tej podstawie wyciągnę wnioski. Albo nie zaangażuję się. Lub zrobię to z rozmysłem, raz jeszcze, żeby przekonać samą siebie, że nie warto.
Zaczęłam za to robić kilka rzeczy, które odwracają moją uwagę od tego, czego nie chcę robić, choć chwilowo muszę (a przynajmniej tak to odbieram - przecież wcale nic nie muszę!). Dziś osiągnęłam coś w stylu flow, bo godzina spędzona na jednej czynności minęła mi jak 5 minut. Osiągam ten stan we wtorki między 18 a 19. Osiągam ten stan, gdy śpię.
Dlatego dziś, w trakcie dnia wolnego od zajęć, ucięłam sobie bardzo długą drzemkę. Na początku było mi ciężko. Po głowie kołatały się wszystkie możliwe na ten temat myśli, od "to zwykła strata czasu" po "będziesz spała do rana i nie zdążysz zrobić rzeczy na zajęcia!". Powiedziałam sobie coś, co powinnam sobie mówić prawie zawsze w takich sytuacjach: "ojej." Z największym pożal-się-boże wydźwiękiem, najbardziej ironicznie, jak tylko głos w mojej głowie umie. Wtedy śmieję się z tego tak bardzo, tak bardzo wyśmiewam swoje przywiązanie do wartości typu czas-pośpiech-stres, że puszczam je.
I wpadłam w ten "okropny" sen. Nie obudziłam się ani w lepszym stanie psychicznym, ani nie doznałam w trakcie snu specjalnie oświecenia (choć mawiają, że stan ten jest nieosiągalny i już jest, wystarczy się rozejrzeć), ale obudziłam się na pewno z poczuciem, że zadbałam o siebie. Że to lenistwo, które jest bardziej naturalnym stanem niż cokolwiek innego, po prostu leży w mojej naturze.
Dlatego lubię noc. Lubię czuwać w nocy, lubię siedzieć, czytać i słuchać muzyki. Myśleć. Bo wtedy ci wszyscy szaleni ludzie śpią. Nie ma ich wszystkich w jednym miejscu, w jednym mieście, każde leży w swoim łóżku i cierpi na bezsenność. Ale nie wstaje, nie jedzie do centrum, bo wszystko pozamykane. Nie chcę, by ktoś się męczył, ale nie chcę też, by ktoś męczył mnie.
Zaraz północ.
Uderzyły mnie dziś wszystkie, jeden po drugim. Kolejność przypadkowa, jeden się kończył, drugi się zaczynał, w tym momencie wchodził też trzeci. Wszystko się zapętliło. Moja głowa sama się zapętliła, nie musiałam nic robić. Nie pomogłam jej ani razu.
Ale to dobre momenty. Poczułam dziś wszystko. Poczułam radość, poczułam smutek. Poczułam gniew, poczułam współczucie i ulgę.
Wiele z nich dopuściłam do siebie i pozwoliłam im zadziałać. W końcu to, co ma się zdarzyć, i tak się zdarzy.
Akceptuję to. I tak nie mam wyjścia. Z jednej strony mogłabym się zbuntować, ale z drugiej... no, po co? Po co szarpać się z życiem, skoro ono i tak przyniesie rozwiązanie. Skoro jest wartością samą w sobie i niesie mnie tam, gdzie czuję, że powinno.
Nawet to, że robię teraz kilka rzeczy, na które nie mam ochoty, jest w jakiś sposób spełnieniem mojego losu. Bo może kiedyś na tej podstawie wyciągnę wnioski. Albo nie zaangażuję się. Lub zrobię to z rozmysłem, raz jeszcze, żeby przekonać samą siebie, że nie warto.
Zaczęłam za to robić kilka rzeczy, które odwracają moją uwagę od tego, czego nie chcę robić, choć chwilowo muszę (a przynajmniej tak to odbieram - przecież wcale nic nie muszę!). Dziś osiągnęłam coś w stylu flow, bo godzina spędzona na jednej czynności minęła mi jak 5 minut. Osiągam ten stan we wtorki między 18 a 19. Osiągam ten stan, gdy śpię.
Dlatego dziś, w trakcie dnia wolnego od zajęć, ucięłam sobie bardzo długą drzemkę. Na początku było mi ciężko. Po głowie kołatały się wszystkie możliwe na ten temat myśli, od "to zwykła strata czasu" po "będziesz spała do rana i nie zdążysz zrobić rzeczy na zajęcia!". Powiedziałam sobie coś, co powinnam sobie mówić prawie zawsze w takich sytuacjach: "ojej." Z największym pożal-się-boże wydźwiękiem, najbardziej ironicznie, jak tylko głos w mojej głowie umie. Wtedy śmieję się z tego tak bardzo, tak bardzo wyśmiewam swoje przywiązanie do wartości typu czas-pośpiech-stres, że puszczam je.
I wpadłam w ten "okropny" sen. Nie obudziłam się ani w lepszym stanie psychicznym, ani nie doznałam w trakcie snu specjalnie oświecenia (choć mawiają, że stan ten jest nieosiągalny i już jest, wystarczy się rozejrzeć), ale obudziłam się na pewno z poczuciem, że zadbałam o siebie. Że to lenistwo, które jest bardziej naturalnym stanem niż cokolwiek innego, po prostu leży w mojej naturze.
Dlatego lubię noc. Lubię czuwać w nocy, lubię siedzieć, czytać i słuchać muzyki. Myśleć. Bo wtedy ci wszyscy szaleni ludzie śpią. Nie ma ich wszystkich w jednym miejscu, w jednym mieście, każde leży w swoim łóżku i cierpi na bezsenność. Ale nie wstaje, nie jedzie do centrum, bo wszystko pozamykane. Nie chcę, by ktoś się męczył, ale nie chcę też, by ktoś męczył mnie.
Zaraz północ.
poniedziałek, 2 czerwca 2014
4.
Całe życie taplałam się w nieuświadomionej złości.
W pierwszej kolejności była to złość na innych. Złość na to, jacy są, jacy nie są, jacy mogą być, a nie są, jacy mogą być i z tego korzystają.
Po drugie ogromna złość na siebie, za praktycznie wszystko, czego tylko doświadczałam.
Oraz złość w wersji skumulowanej: na innych. Za to, że są tacy, a nie inni w stosunku do MNIE.
Bo życie było skrajnością, a gdy zaczęłam uciekać przed skrajnością, popadałam w drugą skrajność. Było albo za dobrze albo za źle, albo za gorąco, albo za zimno, albo nazbyt hurraoptymistycznie, albo gdzieś w okolicy dna.
Przestałam uciekać. Najpierw przestałam uciekać przed innymi. Tak, bo proces wyjątkowo nie zaczął się ode mnie. Siebie uświadomiłam sobie na końcu.
Zaczęłam od ciężkiej artylerii. Stałam, nierzadko, zupełnie odsłonięta, przerażona i swoim ciałem wyrażająca tylko chęć ucieczki. Ale brałam wdech i zmuszałam się. Zmuszałam się, żeby być do bólu funkcjonalną: zmuszałam się do rozmowy, wymiany doświadczeń, do wysłuchiwania czyichś lamentów i historii z życia.
A potem się wciągnęłam, bo jednak ludzie są, w całej swojej rozciągłości, rozmaici i, głównie dzięki temu, zupełnie nieodgadnięci, oryginalni, cudowni i przepiękni.
I okazało się, że umiem słuchać. Że wszystko we mnie było uśpione i chciało wyjść. To był TEN moment, zdarzyć się to miało dokładnie wtedy, ani wcześniej, ani później.
Bo później miałam do wykonania cięższą pracę, w trakcie której właściwie ciągle jestem i z której nie szukam już wyjścia ani ratunku. Teraz szukam siebie, odszukuję w swoim ciele napięcia i je niweluję, szukam schematów myślowych, które nabyłam kiedyś w ramach radzenia sobie z życiem, uświadamiam je sobie i szukam ich w codziennych czynnościach. Z tym akurat jest jeszcze sporo do zrobienia, ale czuję, że jestem na dobrej drodze. Myślę, właściwie ciągle, o tym, jak te szkodliwe zachowania zastąpić jakimiś lepszymi. Wymyślam je, weryfikuję, odrzucam lub akceptuję.
Zastanawiam się, komu być wdzięczną za to, że mam na to czas. Że mam czasomiejsce, moje własne, zależne tylko ode mnie. Zastanawiam się, czy bycie wdzięczną nie jest jedną z moich nabytych strategii.
I tak w kółko, aż do pierwszego bólu głowy, przy którym stwierdzam, że, co by się nie działo, jest pięknie. Z pełnym przekonaniem. I bez naiwności, a po prostu z dobrym nastawieniem.
I to jest celem mojego życia - zatrzymać-wyleczyć-rozwinąć.
W pierwszej kolejności była to złość na innych. Złość na to, jacy są, jacy nie są, jacy mogą być, a nie są, jacy mogą być i z tego korzystają.
Po drugie ogromna złość na siebie, za praktycznie wszystko, czego tylko doświadczałam.
Oraz złość w wersji skumulowanej: na innych. Za to, że są tacy, a nie inni w stosunku do MNIE.
Bo życie było skrajnością, a gdy zaczęłam uciekać przed skrajnością, popadałam w drugą skrajność. Było albo za dobrze albo za źle, albo za gorąco, albo za zimno, albo nazbyt hurraoptymistycznie, albo gdzieś w okolicy dna.
Przestałam uciekać. Najpierw przestałam uciekać przed innymi. Tak, bo proces wyjątkowo nie zaczął się ode mnie. Siebie uświadomiłam sobie na końcu.
Zaczęłam od ciężkiej artylerii. Stałam, nierzadko, zupełnie odsłonięta, przerażona i swoim ciałem wyrażająca tylko chęć ucieczki. Ale brałam wdech i zmuszałam się. Zmuszałam się, żeby być do bólu funkcjonalną: zmuszałam się do rozmowy, wymiany doświadczeń, do wysłuchiwania czyichś lamentów i historii z życia.
A potem się wciągnęłam, bo jednak ludzie są, w całej swojej rozciągłości, rozmaici i, głównie dzięki temu, zupełnie nieodgadnięci, oryginalni, cudowni i przepiękni.
I okazało się, że umiem słuchać. Że wszystko we mnie było uśpione i chciało wyjść. To był TEN moment, zdarzyć się to miało dokładnie wtedy, ani wcześniej, ani później.
Bo później miałam do wykonania cięższą pracę, w trakcie której właściwie ciągle jestem i z której nie szukam już wyjścia ani ratunku. Teraz szukam siebie, odszukuję w swoim ciele napięcia i je niweluję, szukam schematów myślowych, które nabyłam kiedyś w ramach radzenia sobie z życiem, uświadamiam je sobie i szukam ich w codziennych czynnościach. Z tym akurat jest jeszcze sporo do zrobienia, ale czuję, że jestem na dobrej drodze. Myślę, właściwie ciągle, o tym, jak te szkodliwe zachowania zastąpić jakimiś lepszymi. Wymyślam je, weryfikuję, odrzucam lub akceptuję.
Zastanawiam się, komu być wdzięczną za to, że mam na to czas. Że mam czasomiejsce, moje własne, zależne tylko ode mnie. Zastanawiam się, czy bycie wdzięczną nie jest jedną z moich nabytych strategii.
I tak w kółko, aż do pierwszego bólu głowy, przy którym stwierdzam, że, co by się nie działo, jest pięknie. Z pełnym przekonaniem. I bez naiwności, a po prostu z dobrym nastawieniem.
I to jest celem mojego życia - zatrzymać-wyleczyć-rozwinąć.
czwartek, 22 maja 2014
3.
Wczoraj zrobiłam krok milowy. To był krok, przy którym musiałam cofnąć się wspomnieniami do dzieciństwa. Pozbyć się pochodzących stamtąd przekonań, wytłumaczyć sobie na nowo to, co kiedyś wbijała mi do głowy mama, skonfrontować to z tym, co czuję teraz.
Pokonałam swój lęk, który pielęgnowałam od dzieciństwa. Właściwie warto byłoby zapytać, kto pielęgnował i w jakim stopniu. Najpierw strach przed wyjściem na środek i powiedzeniem wierszyka zaszczepiła mi moja mama. Później, gdy nagle stałam się dorosła (choć nikt mnie o tym nie uprzedził), odczuwałam przed publicznymi wystąpieniami dokładnie te same emocje. Być może dlatego, że nie znałam innych. Na pewno zaś dlatego, że moje dzieciństwo skupiało się na tłumieniu własnych potrzeb. Czasem nawet tych fizjologicznych.
Musiałam spojrzeć na to z innego punktu widzenia. Wciąż mojego, ale jednak innego. Powoli odzywa się we mnie nowy głos. Nic nie mówi, bo nie używa słów, jak ma to w zwyczaju robić mózg. To wewnętrzna intuicja, wiecznie radosny i przyjazny mi nie-głos. Patrzyłam wczoraj na to, co rozgrywa się w moim ciele właśnie z punktu widzenia nie-głosu (nie-głos ma w języku formę męską, ale jestem przekonana, że jest formą bezpłciową, bo płeć nie ma tu zupełnie nic do rzeczy). Obserwowałam i czułam, w którym miejscu zaczyna rozprzestrzeniać się stres i gdzie dokładnie go czuję. Odnosiłam się do niego z szacunkiem, bo wiedziałam, że moje ciało chce dobrze. Uśmiechałam się wewnętrznie do każdej próby ucieczki, uśmiechnęłam się też, mimo pozoru, wtedy, gdy w trakcie stało się coś nieprzewidywalnego.
I, niespodzianka! W ciągu całego dnia byłam nadzwyczaj uważna. Pamiętam prawie każdy szczegół. Może oprócz prezentacji, w trakcie której świadomość włączyłam tylko raz (ta rzecz jeszcze do wypracowania, ale jestem na dobrej drodze). Potem zajęło mi chwilę ochłonięcie po całej sytuacji, ale aż do momentu zaśnięcia nie opuszczało mnie cudowne uczucie mocy i wygranej. Po prostu wygrałam, pokonałam swoje słabości, pokonałam siebie. Zamiast uciec, odwróciłam się na pięcie i spojrzałam w oczy temu, czego swego czasu bałam się wręcz panicznie.
Robię kolejne kroki w przód, z pełną świadomością, bo sama wiem najlepiej, przed czym uciekam. Powoli tych rzeczy i ludzi (a może ludzi przede wszystkim?) jest coraz mniej. Nie wiem, co mnie czeka po pokonaniu wszystkich barier, po zrobieniu porządku tam, gdzie jeszcze mogę czy tam, gdzie mam na cokolwiek wpływ. Gdy skupiam się na bieżącej chwili, wszystko jest prostsze. Bieżąca chwila nie wartościuje, bieżąca chwila jest barwna, pełna dźwięków i zapachów. Nieważne jakich, one po prostu są. I póki daję im być (może nie licząc zapachu palącego się aktualnie na mojej kuchence garnka), daję żyć i być sobie.
Wczoraj, gdy dochodziłam do własnej wewnętrznej wygranej, zakochałam się w sobie - takiej silnej i stawiającej czoła. Zrozumiałam, że na pewne rzeczy przychodzi swój czas i objęłam tym cudownym uczuciem wszystkie moje dotychczasowe błędy i porażki, sukcesy i powodzenie. Zaakceptowałam siebie, w większym stopniu niż dotychczas.
Może to nie milowy krok. Może to już skok. Skok do wody, która jest mętna i nie wiem, co tam odnajdę. Pewnie nikt z mojej przepełnionej patologią rodziny nigdy tam nie był. Przecieram szlaki, odkrywam nowe drogi. Jestem na nieznanym. Ale tym razem czuję się pewnie, bo mam siebie. Z całą moją mocą i całym moim potencjałem.
Pokonałam swój lęk, który pielęgnowałam od dzieciństwa. Właściwie warto byłoby zapytać, kto pielęgnował i w jakim stopniu. Najpierw strach przed wyjściem na środek i powiedzeniem wierszyka zaszczepiła mi moja mama. Później, gdy nagle stałam się dorosła (choć nikt mnie o tym nie uprzedził), odczuwałam przed publicznymi wystąpieniami dokładnie te same emocje. Być może dlatego, że nie znałam innych. Na pewno zaś dlatego, że moje dzieciństwo skupiało się na tłumieniu własnych potrzeb. Czasem nawet tych fizjologicznych.
Musiałam spojrzeć na to z innego punktu widzenia. Wciąż mojego, ale jednak innego. Powoli odzywa się we mnie nowy głos. Nic nie mówi, bo nie używa słów, jak ma to w zwyczaju robić mózg. To wewnętrzna intuicja, wiecznie radosny i przyjazny mi nie-głos. Patrzyłam wczoraj na to, co rozgrywa się w moim ciele właśnie z punktu widzenia nie-głosu (nie-głos ma w języku formę męską, ale jestem przekonana, że jest formą bezpłciową, bo płeć nie ma tu zupełnie nic do rzeczy). Obserwowałam i czułam, w którym miejscu zaczyna rozprzestrzeniać się stres i gdzie dokładnie go czuję. Odnosiłam się do niego z szacunkiem, bo wiedziałam, że moje ciało chce dobrze. Uśmiechałam się wewnętrznie do każdej próby ucieczki, uśmiechnęłam się też, mimo pozoru, wtedy, gdy w trakcie stało się coś nieprzewidywalnego.
I, niespodzianka! W ciągu całego dnia byłam nadzwyczaj uważna. Pamiętam prawie każdy szczegół. Może oprócz prezentacji, w trakcie której świadomość włączyłam tylko raz (ta rzecz jeszcze do wypracowania, ale jestem na dobrej drodze). Potem zajęło mi chwilę ochłonięcie po całej sytuacji, ale aż do momentu zaśnięcia nie opuszczało mnie cudowne uczucie mocy i wygranej. Po prostu wygrałam, pokonałam swoje słabości, pokonałam siebie. Zamiast uciec, odwróciłam się na pięcie i spojrzałam w oczy temu, czego swego czasu bałam się wręcz panicznie.
Robię kolejne kroki w przód, z pełną świadomością, bo sama wiem najlepiej, przed czym uciekam. Powoli tych rzeczy i ludzi (a może ludzi przede wszystkim?) jest coraz mniej. Nie wiem, co mnie czeka po pokonaniu wszystkich barier, po zrobieniu porządku tam, gdzie jeszcze mogę czy tam, gdzie mam na cokolwiek wpływ. Gdy skupiam się na bieżącej chwili, wszystko jest prostsze. Bieżąca chwila nie wartościuje, bieżąca chwila jest barwna, pełna dźwięków i zapachów. Nieważne jakich, one po prostu są. I póki daję im być (może nie licząc zapachu palącego się aktualnie na mojej kuchence garnka), daję żyć i być sobie.
Wczoraj, gdy dochodziłam do własnej wewnętrznej wygranej, zakochałam się w sobie - takiej silnej i stawiającej czoła. Zrozumiałam, że na pewne rzeczy przychodzi swój czas i objęłam tym cudownym uczuciem wszystkie moje dotychczasowe błędy i porażki, sukcesy i powodzenie. Zaakceptowałam siebie, w większym stopniu niż dotychczas.
Może to nie milowy krok. Może to już skok. Skok do wody, która jest mętna i nie wiem, co tam odnajdę. Pewnie nikt z mojej przepełnionej patologią rodziny nigdy tam nie był. Przecieram szlaki, odkrywam nowe drogi. Jestem na nieznanym. Ale tym razem czuję się pewnie, bo mam siebie. Z całą moją mocą i całym moim potencjałem.
wtorek, 20 maja 2014
2.
Czasem przytłacza mnie to, jak bardzo to, co "normalne" jest nienormalne.
Czasem przytłacza mnie to, że tylu ludzi chce być doskonałymi, bo ktoś kiedyś im wmówił, że tak trzeba.
Czasem przytłacza mnie to, że ktoś próbuje zostawić na mnie swoje złe emocje, bo został nauczony, że tak właśnie najszybciej można poradzić sobie z wewnętrznym napięciem i dezorientacją.
Wczoraj przytłoczyło mnie to, że matka nazwała swojego syna "pijanym zającem", a ja nie zdążyłam zareagować.
Wczoraj nie przytłoczyło mnie to, że byłam uczestniczką otwartej i bezpośredniej komunikacji, którą tak zwana "normalność" uznałaby za wulgarną.
Gdy coś mnie przytłacza, rozkładam się na łóżku i patrzę za okno. Poddaję się swoim myślom, czasem się wybudzam i je obserwuję. Uśmiecham się do nich, ale uśmiech nie trwa długo. Podobno da się to wyćwiczyć.
Naiwnie czekam, że skończy się ten tydzień i skończy się następny i z nim skończą się wszystkie te rzeczy, które chcę zrobić. Ale potem zaczyna się jeszcze następny cykl rzeczy do zrobienia as soon as possible. To nie ma końca.
Jest na to rozwiązanie. Po prostu być. Ze wszystkim, ze wszystkimi swoimi niedoskonałościami, odnaleźć się w momencie i smakować go, do szpiku kości. Wczoraj jechałam prawie 40 minut na zajęcia, bo wszystko wokoło było cudowne. Nie jestem pewna, czy był to tylko stan euforii, czy po prostu byłam obecna. Nie ma to znaczenia. A przynajmniej nie teraz. I nie tu.
Po stanie euforycznym przychodzi z reguły stan obniżonego nastroju. Wczoraj nie byłam na niego gotowa, jeszcze nie teraz. Ta sinusoida jest za każdym razem tak oczywista, a ciągle o niej zapominam. Narysuję ją sobie na ścianie. Brak gotowości nie wynika z tego, że nie jestem na coś gotowa. Wynika z tego, że nie potrafię czasem zaakceptować. Uczę się. Powoli. Doszukuję się dobrych rzeczy w sprawach, które kiedyś uznałabym za katastrofę. Transformuję rzeczywistość. Robię rzeczy, których boję się najbardziej w świecie.
"Ciekawe, do czego dojdę" - pomyślałam przed chwilą, ale sama ta myśl jest błędna, jest chora. Bo gdy osiągam jakiś cel, na horyzoncie pojawia się natychmiast następny, następny i jeszcze następny, bez końca. Nie znam nikogo, kto osiągnąłby stan określany jako "osiadnięcie na laurach".
Chociaż, gdyby się głębiej zastanowić... to, że moja świadomość jest ze mną i kieruje moimi zachowaniami właśnie teraz, jest swego rodzaju laurem. Bo wybieganie w przeszłość albo przyszłość jest nienamacalne. Nie można za to ani nagrodzić, ani ukarać, za dużo w międzyczasie się działo i może się dziać, o wielu rzeczach zapominamy i pewne zdarzenia interpretujemy tak, jak chcemy albo tak, jak chce akurat nasza nie-świadomość.
Tak, chcę być dla siebie wyrozumiała. Staram się jak mogę.
Czasem przytłacza mnie to, że tylu ludzi chce być doskonałymi, bo ktoś kiedyś im wmówił, że tak trzeba.
Czasem przytłacza mnie to, że ktoś próbuje zostawić na mnie swoje złe emocje, bo został nauczony, że tak właśnie najszybciej można poradzić sobie z wewnętrznym napięciem i dezorientacją.
Wczoraj przytłoczyło mnie to, że matka nazwała swojego syna "pijanym zającem", a ja nie zdążyłam zareagować.
Wczoraj nie przytłoczyło mnie to, że byłam uczestniczką otwartej i bezpośredniej komunikacji, którą tak zwana "normalność" uznałaby za wulgarną.
Gdy coś mnie przytłacza, rozkładam się na łóżku i patrzę za okno. Poddaję się swoim myślom, czasem się wybudzam i je obserwuję. Uśmiecham się do nich, ale uśmiech nie trwa długo. Podobno da się to wyćwiczyć.
Naiwnie czekam, że skończy się ten tydzień i skończy się następny i z nim skończą się wszystkie te rzeczy, które chcę zrobić. Ale potem zaczyna się jeszcze następny cykl rzeczy do zrobienia as soon as possible. To nie ma końca.
Jest na to rozwiązanie. Po prostu być. Ze wszystkim, ze wszystkimi swoimi niedoskonałościami, odnaleźć się w momencie i smakować go, do szpiku kości. Wczoraj jechałam prawie 40 minut na zajęcia, bo wszystko wokoło było cudowne. Nie jestem pewna, czy był to tylko stan euforii, czy po prostu byłam obecna. Nie ma to znaczenia. A przynajmniej nie teraz. I nie tu.
Po stanie euforycznym przychodzi z reguły stan obniżonego nastroju. Wczoraj nie byłam na niego gotowa, jeszcze nie teraz. Ta sinusoida jest za każdym razem tak oczywista, a ciągle o niej zapominam. Narysuję ją sobie na ścianie. Brak gotowości nie wynika z tego, że nie jestem na coś gotowa. Wynika z tego, że nie potrafię czasem zaakceptować. Uczę się. Powoli. Doszukuję się dobrych rzeczy w sprawach, które kiedyś uznałabym za katastrofę. Transformuję rzeczywistość. Robię rzeczy, których boję się najbardziej w świecie.
"Ciekawe, do czego dojdę" - pomyślałam przed chwilą, ale sama ta myśl jest błędna, jest chora. Bo gdy osiągam jakiś cel, na horyzoncie pojawia się natychmiast następny, następny i jeszcze następny, bez końca. Nie znam nikogo, kto osiągnąłby stan określany jako "osiadnięcie na laurach".
Chociaż, gdyby się głębiej zastanowić... to, że moja świadomość jest ze mną i kieruje moimi zachowaniami właśnie teraz, jest swego rodzaju laurem. Bo wybieganie w przeszłość albo przyszłość jest nienamacalne. Nie można za to ani nagrodzić, ani ukarać, za dużo w międzyczasie się działo i może się dziać, o wielu rzeczach zapominamy i pewne zdarzenia interpretujemy tak, jak chcemy albo tak, jak chce akurat nasza nie-świadomość.
Tak, chcę być dla siebie wyrozumiała. Staram się jak mogę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)