Wczoraj zrobiłam krok milowy. To był krok, przy którym musiałam cofnąć się wspomnieniami do dzieciństwa. Pozbyć się pochodzących stamtąd przekonań, wytłumaczyć sobie na nowo to, co kiedyś wbijała mi do głowy mama, skonfrontować to z tym, co czuję teraz.
Pokonałam swój lęk, który pielęgnowałam od dzieciństwa. Właściwie warto byłoby zapytać, kto pielęgnował i w jakim stopniu. Najpierw strach przed wyjściem na środek i powiedzeniem wierszyka zaszczepiła mi moja mama. Później, gdy nagle stałam się dorosła (choć nikt mnie o tym nie uprzedził), odczuwałam przed publicznymi wystąpieniami dokładnie te same emocje. Być może dlatego, że nie znałam innych. Na pewno zaś dlatego, że moje dzieciństwo skupiało się na tłumieniu własnych potrzeb. Czasem nawet tych fizjologicznych.
Musiałam spojrzeć na to z innego punktu widzenia. Wciąż mojego, ale jednak innego. Powoli odzywa się we mnie nowy głos. Nic nie mówi, bo nie używa słów, jak ma to w zwyczaju robić mózg. To wewnętrzna intuicja, wiecznie radosny i przyjazny mi nie-głos. Patrzyłam wczoraj na to, co rozgrywa się w moim ciele właśnie z punktu widzenia nie-głosu (nie-głos ma w języku formę męską, ale jestem przekonana, że jest formą bezpłciową, bo płeć nie ma tu zupełnie nic do rzeczy). Obserwowałam i czułam, w którym miejscu zaczyna rozprzestrzeniać się stres i gdzie dokładnie go czuję. Odnosiłam się do niego z szacunkiem, bo wiedziałam, że moje ciało chce dobrze. Uśmiechałam się wewnętrznie do każdej próby ucieczki, uśmiechnęłam się też, mimo pozoru, wtedy, gdy w trakcie stało się coś nieprzewidywalnego.
I, niespodzianka! W ciągu całego dnia byłam nadzwyczaj uważna. Pamiętam prawie każdy szczegół. Może oprócz prezentacji, w trakcie której świadomość włączyłam tylko raz (ta rzecz jeszcze do wypracowania, ale jestem na dobrej drodze). Potem zajęło mi chwilę ochłonięcie po całej sytuacji, ale aż do momentu zaśnięcia nie opuszczało mnie cudowne uczucie mocy i wygranej. Po prostu wygrałam, pokonałam swoje słabości, pokonałam siebie. Zamiast uciec, odwróciłam się na pięcie i spojrzałam w oczy temu, czego swego czasu bałam się wręcz panicznie.
Robię kolejne kroki w przód, z pełną świadomością, bo sama wiem najlepiej, przed czym uciekam. Powoli tych rzeczy i ludzi (a może ludzi przede wszystkim?) jest coraz mniej. Nie wiem, co mnie czeka po pokonaniu wszystkich barier, po zrobieniu porządku tam, gdzie jeszcze mogę czy tam, gdzie mam na cokolwiek wpływ. Gdy skupiam się na bieżącej chwili, wszystko jest prostsze. Bieżąca chwila nie wartościuje, bieżąca chwila jest barwna, pełna dźwięków i zapachów. Nieważne jakich, one po prostu są. I póki daję im być (może nie licząc zapachu palącego się aktualnie na mojej kuchence garnka), daję żyć i być sobie.
Wczoraj, gdy dochodziłam do własnej wewnętrznej wygranej, zakochałam się w sobie - takiej silnej i stawiającej czoła. Zrozumiałam, że na pewne rzeczy przychodzi swój czas i objęłam tym cudownym uczuciem wszystkie moje dotychczasowe błędy i porażki, sukcesy i powodzenie. Zaakceptowałam siebie, w większym stopniu niż dotychczas.
Może to nie milowy krok. Może to już skok. Skok do wody, która jest mętna i nie wiem, co tam odnajdę. Pewnie nikt z mojej przepełnionej patologią rodziny nigdy tam nie był. Przecieram szlaki, odkrywam nowe drogi. Jestem na nieznanym. Ale tym razem czuję się pewnie, bo mam siebie. Z całą moją mocą i całym moim potencjałem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz