Nic nie dzieje się bez przyczyny. Nic, zupełnie nic, absolutnie nic. Wszystko, co się zdarzyło, miało się zdarzyć, bo dzięki temu jestem teraz, w tym miejscu. Wszystko, co dzieje się teraz jest takie, jakie powinno być. I to, co zdarzy się niebawem - tego też nie powinnam się bać, bo nie zdarzy się ot, tak, przypadkowo.
Naprawdę w to wierzę. Zaczęłam w coś wierzyć, ale to nie żadna religia, bo wierzę w to prawie bez wątpliwości, czasem po prostu o tym zapominam.
I daję się wtedy wciągnąć w gierki, wyrzuty, spięcia, kłótnie, moje-twoje-racje i inne mało efektywne zdarzenia, które nic w gruncie rzeczy nie dają. Bo nikt nie zmieni ani swoich racji, ani swoich poglądów. Ma być taki/taka a nie inny/inna i koniec.
Im więcej rzeczy odpuszczam, im mniej ich się trzymam, tym lepiej mi się robi. Stresująca i hamująca reakcja na cokolwiek świadczy tylko o tym, że właśnie nad tą rzeczą powinnam popracować.
To, jak odbieram ludzi mnie otaczających świadczy o tym, jak odbieram siebie. Bo tylko siebie jestem pewna, całe życie prowadzę dialog ze sobą i na jego podstawie tworzą mi się myśli o innych ludziach.
Przecież to takie proste. Takie oczywiste. Takie jednoznaczne. A jednak o tym zapomniałam, już jakiś czas temu.
Nie jestem swoimi myślami. Czas je porządnie zakwestionować. Popracować nad tym, jak CHCĘ odbierać rzeczywistość. A nie nad tym, jak ją odbieram. Naprawdę mam wybór. I teraz, po uświadomieniu sobie tego wszystkiego, będę godzić się z moim największym życiowym uzależenieniem - uzależnieniem od lęku, bólu, gniewu i złości. Jest częścią mnie, ale nie muszę dawać mu zawsze pierwszego i najważniejszego, decyzyjnego głosu. I nie chcę.
Nie muszę się nakręcać niczym nowym. Chcę zostać tu, wypełnić swoje ciało i żyć w nim. Nie chcę wypełniać niczyich wyobrażeń o mnie.
Nie są mi już potrzebne.
piątek, 20 czerwca 2014
czwartek, 12 czerwca 2014
6.
Ostatnio rozmawiam ze swoją intuicją. Toczymy długie, nocne dyskusje (bo tylko wtedy jest w miarę chłodno) i zastanawiamy się razem, w którą stronę chcemy iść.
Właściwie nie mam całościowego obrazu tego, co chcę w najbliższym czasie robić. Nie mam planu, nie mam terminarza. Mam tylko kalendarz, ale jest prawie niewypełniony i kończy się wraz z tym rokiem.
Wiem za to, dzięki intuicji właśnie, że w jednej rzeczy chcę uczestniczyć, a w innej już nie. Nie zawsze wiem, dlaczego. I nie lubię, gdy ktoś domaga się ode mnie odpowiedzi. Bo często jej nie znam. Znam za to całkiem dobrze siebie i ten mały, cichy, ukochany przeze mnie głos, który mówi, że czas się pożegnać i przywitać coś nowego.
Wczoraj poczułam smutek. Ale byłam go świadoma, zaakceptowałam go. Po raz pierwszy od dłuższego czasu płakałam. I dobrze, cieszę się z tego.
A potem otrzymałam pomoc i właściwie już zapomniałam o tym, że było mi smutno. Aktualnie trawię. Trawię swoją decyzję, ale wiem, że jest słuszna.
Tyle jeszcze rzeczy chcę zobaczyć i tylu jeszcze spróbować. Tyle chcę robić i tyle zmienić. Nie wiem, czy starczy mi na to czasu. I na początku wydawało mi się, że całe moje działanie jest niepoukładane, że robię za dużo rzeczy na raz i że właściwie jest to działanie bezcelowe.
Teraz, gdy mogę przyjrzeć się pewnym rzeczom z dystansu widzę, że tak właśnie miało być. I to, jak jest teraz, też ma jakiś swój cel. Jaki? Nie wiem. Ale nie mogę domagać się, by cel ten się ujawnił. Czuję to podskórnie, gdzieś w okolicy kości. Zresztą, gdyby cel ten się ujawnił teraz prawdopodobnie przestraszyłabym się go i uznała, że nie podołam. Widocznie nie jestem jeszcze na tyle odporna, widocznie nie mam jeszcze tylu środków i doświadczenia, by go poznać.
Ale znowuż, dobrze wiem, kiedy chcę coś robić, a kiedy nie chcę. Czasem nie wiem tylko, dlaczego. Czy to złe? Nie. Nie wszystko musi być nazwane, nie wszystko musi być ubrane w słowa. Bo co z tego, że to moje słowa, skoro ktoś inny zrozumie je inaczej? Słowa zubażają znaczenie, jesteśmy uwięzieni w naszych wyobrażeniach o słowach, w naszych słownych konotacjach i słownym pojmowaniu rzeczywistości. Niby oczywista oczywistość. Ale uświadamiam ją sobie dopiero, gdy przyjdzie mi się z nią skonfrontować.
To bolesne konfrontacje. Ale bardzo przydatne. I uczące bardziej, niż konfrontacje niebolesne i przyjemne.
Elämä etenee, jak mawiają.
Właściwie nie mam całościowego obrazu tego, co chcę w najbliższym czasie robić. Nie mam planu, nie mam terminarza. Mam tylko kalendarz, ale jest prawie niewypełniony i kończy się wraz z tym rokiem.
Wiem za to, dzięki intuicji właśnie, że w jednej rzeczy chcę uczestniczyć, a w innej już nie. Nie zawsze wiem, dlaczego. I nie lubię, gdy ktoś domaga się ode mnie odpowiedzi. Bo często jej nie znam. Znam za to całkiem dobrze siebie i ten mały, cichy, ukochany przeze mnie głos, który mówi, że czas się pożegnać i przywitać coś nowego.
Wczoraj poczułam smutek. Ale byłam go świadoma, zaakceptowałam go. Po raz pierwszy od dłuższego czasu płakałam. I dobrze, cieszę się z tego.
A potem otrzymałam pomoc i właściwie już zapomniałam o tym, że było mi smutno. Aktualnie trawię. Trawię swoją decyzję, ale wiem, że jest słuszna.
Tyle jeszcze rzeczy chcę zobaczyć i tylu jeszcze spróbować. Tyle chcę robić i tyle zmienić. Nie wiem, czy starczy mi na to czasu. I na początku wydawało mi się, że całe moje działanie jest niepoukładane, że robię za dużo rzeczy na raz i że właściwie jest to działanie bezcelowe.
Teraz, gdy mogę przyjrzeć się pewnym rzeczom z dystansu widzę, że tak właśnie miało być. I to, jak jest teraz, też ma jakiś swój cel. Jaki? Nie wiem. Ale nie mogę domagać się, by cel ten się ujawnił. Czuję to podskórnie, gdzieś w okolicy kości. Zresztą, gdyby cel ten się ujawnił teraz prawdopodobnie przestraszyłabym się go i uznała, że nie podołam. Widocznie nie jestem jeszcze na tyle odporna, widocznie nie mam jeszcze tylu środków i doświadczenia, by go poznać.
Ale znowuż, dobrze wiem, kiedy chcę coś robić, a kiedy nie chcę. Czasem nie wiem tylko, dlaczego. Czy to złe? Nie. Nie wszystko musi być nazwane, nie wszystko musi być ubrane w słowa. Bo co z tego, że to moje słowa, skoro ktoś inny zrozumie je inaczej? Słowa zubażają znaczenie, jesteśmy uwięzieni w naszych wyobrażeniach o słowach, w naszych słownych konotacjach i słownym pojmowaniu rzeczywistości. Niby oczywista oczywistość. Ale uświadamiam ją sobie dopiero, gdy przyjdzie mi się z nią skonfrontować.
To bolesne konfrontacje. Ale bardzo przydatne. I uczące bardziej, niż konfrontacje niebolesne i przyjemne.
Elämä etenee, jak mawiają.
czwartek, 5 czerwca 2014
5.
Momenty oświecające, momenty przypominające, momenty tu-i-teraz. Momenty bez dopalaczy, momenty zapomniane, momenty zakopane za ścianą uzależnień.
Uderzyły mnie dziś wszystkie, jeden po drugim. Kolejność przypadkowa, jeden się kończył, drugi się zaczynał, w tym momencie wchodził też trzeci. Wszystko się zapętliło. Moja głowa sama się zapętliła, nie musiałam nic robić. Nie pomogłam jej ani razu.
Ale to dobre momenty. Poczułam dziś wszystko. Poczułam radość, poczułam smutek. Poczułam gniew, poczułam współczucie i ulgę.
Wiele z nich dopuściłam do siebie i pozwoliłam im zadziałać. W końcu to, co ma się zdarzyć, i tak się zdarzy.
Akceptuję to. I tak nie mam wyjścia. Z jednej strony mogłabym się zbuntować, ale z drugiej... no, po co? Po co szarpać się z życiem, skoro ono i tak przyniesie rozwiązanie. Skoro jest wartością samą w sobie i niesie mnie tam, gdzie czuję, że powinno.
Nawet to, że robię teraz kilka rzeczy, na które nie mam ochoty, jest w jakiś sposób spełnieniem mojego losu. Bo może kiedyś na tej podstawie wyciągnę wnioski. Albo nie zaangażuję się. Lub zrobię to z rozmysłem, raz jeszcze, żeby przekonać samą siebie, że nie warto.
Zaczęłam za to robić kilka rzeczy, które odwracają moją uwagę od tego, czego nie chcę robić, choć chwilowo muszę (a przynajmniej tak to odbieram - przecież wcale nic nie muszę!). Dziś osiągnęłam coś w stylu flow, bo godzina spędzona na jednej czynności minęła mi jak 5 minut. Osiągam ten stan we wtorki między 18 a 19. Osiągam ten stan, gdy śpię.
Dlatego dziś, w trakcie dnia wolnego od zajęć, ucięłam sobie bardzo długą drzemkę. Na początku było mi ciężko. Po głowie kołatały się wszystkie możliwe na ten temat myśli, od "to zwykła strata czasu" po "będziesz spała do rana i nie zdążysz zrobić rzeczy na zajęcia!". Powiedziałam sobie coś, co powinnam sobie mówić prawie zawsze w takich sytuacjach: "ojej." Z największym pożal-się-boże wydźwiękiem, najbardziej ironicznie, jak tylko głos w mojej głowie umie. Wtedy śmieję się z tego tak bardzo, tak bardzo wyśmiewam swoje przywiązanie do wartości typu czas-pośpiech-stres, że puszczam je.
I wpadłam w ten "okropny" sen. Nie obudziłam się ani w lepszym stanie psychicznym, ani nie doznałam w trakcie snu specjalnie oświecenia (choć mawiają, że stan ten jest nieosiągalny i już jest, wystarczy się rozejrzeć), ale obudziłam się na pewno z poczuciem, że zadbałam o siebie. Że to lenistwo, które jest bardziej naturalnym stanem niż cokolwiek innego, po prostu leży w mojej naturze.
Dlatego lubię noc. Lubię czuwać w nocy, lubię siedzieć, czytać i słuchać muzyki. Myśleć. Bo wtedy ci wszyscy szaleni ludzie śpią. Nie ma ich wszystkich w jednym miejscu, w jednym mieście, każde leży w swoim łóżku i cierpi na bezsenność. Ale nie wstaje, nie jedzie do centrum, bo wszystko pozamykane. Nie chcę, by ktoś się męczył, ale nie chcę też, by ktoś męczył mnie.
Zaraz północ.
Uderzyły mnie dziś wszystkie, jeden po drugim. Kolejność przypadkowa, jeden się kończył, drugi się zaczynał, w tym momencie wchodził też trzeci. Wszystko się zapętliło. Moja głowa sama się zapętliła, nie musiałam nic robić. Nie pomogłam jej ani razu.
Ale to dobre momenty. Poczułam dziś wszystko. Poczułam radość, poczułam smutek. Poczułam gniew, poczułam współczucie i ulgę.
Wiele z nich dopuściłam do siebie i pozwoliłam im zadziałać. W końcu to, co ma się zdarzyć, i tak się zdarzy.
Akceptuję to. I tak nie mam wyjścia. Z jednej strony mogłabym się zbuntować, ale z drugiej... no, po co? Po co szarpać się z życiem, skoro ono i tak przyniesie rozwiązanie. Skoro jest wartością samą w sobie i niesie mnie tam, gdzie czuję, że powinno.
Nawet to, że robię teraz kilka rzeczy, na które nie mam ochoty, jest w jakiś sposób spełnieniem mojego losu. Bo może kiedyś na tej podstawie wyciągnę wnioski. Albo nie zaangażuję się. Lub zrobię to z rozmysłem, raz jeszcze, żeby przekonać samą siebie, że nie warto.
Zaczęłam za to robić kilka rzeczy, które odwracają moją uwagę od tego, czego nie chcę robić, choć chwilowo muszę (a przynajmniej tak to odbieram - przecież wcale nic nie muszę!). Dziś osiągnęłam coś w stylu flow, bo godzina spędzona na jednej czynności minęła mi jak 5 minut. Osiągam ten stan we wtorki między 18 a 19. Osiągam ten stan, gdy śpię.
Dlatego dziś, w trakcie dnia wolnego od zajęć, ucięłam sobie bardzo długą drzemkę. Na początku było mi ciężko. Po głowie kołatały się wszystkie możliwe na ten temat myśli, od "to zwykła strata czasu" po "będziesz spała do rana i nie zdążysz zrobić rzeczy na zajęcia!". Powiedziałam sobie coś, co powinnam sobie mówić prawie zawsze w takich sytuacjach: "ojej." Z największym pożal-się-boże wydźwiękiem, najbardziej ironicznie, jak tylko głos w mojej głowie umie. Wtedy śmieję się z tego tak bardzo, tak bardzo wyśmiewam swoje przywiązanie do wartości typu czas-pośpiech-stres, że puszczam je.
I wpadłam w ten "okropny" sen. Nie obudziłam się ani w lepszym stanie psychicznym, ani nie doznałam w trakcie snu specjalnie oświecenia (choć mawiają, że stan ten jest nieosiągalny i już jest, wystarczy się rozejrzeć), ale obudziłam się na pewno z poczuciem, że zadbałam o siebie. Że to lenistwo, które jest bardziej naturalnym stanem niż cokolwiek innego, po prostu leży w mojej naturze.
Dlatego lubię noc. Lubię czuwać w nocy, lubię siedzieć, czytać i słuchać muzyki. Myśleć. Bo wtedy ci wszyscy szaleni ludzie śpią. Nie ma ich wszystkich w jednym miejscu, w jednym mieście, każde leży w swoim łóżku i cierpi na bezsenność. Ale nie wstaje, nie jedzie do centrum, bo wszystko pozamykane. Nie chcę, by ktoś się męczył, ale nie chcę też, by ktoś męczył mnie.
Zaraz północ.
poniedziałek, 2 czerwca 2014
4.
Całe życie taplałam się w nieuświadomionej złości.
W pierwszej kolejności była to złość na innych. Złość na to, jacy są, jacy nie są, jacy mogą być, a nie są, jacy mogą być i z tego korzystają.
Po drugie ogromna złość na siebie, za praktycznie wszystko, czego tylko doświadczałam.
Oraz złość w wersji skumulowanej: na innych. Za to, że są tacy, a nie inni w stosunku do MNIE.
Bo życie było skrajnością, a gdy zaczęłam uciekać przed skrajnością, popadałam w drugą skrajność. Było albo za dobrze albo za źle, albo za gorąco, albo za zimno, albo nazbyt hurraoptymistycznie, albo gdzieś w okolicy dna.
Przestałam uciekać. Najpierw przestałam uciekać przed innymi. Tak, bo proces wyjątkowo nie zaczął się ode mnie. Siebie uświadomiłam sobie na końcu.
Zaczęłam od ciężkiej artylerii. Stałam, nierzadko, zupełnie odsłonięta, przerażona i swoim ciałem wyrażająca tylko chęć ucieczki. Ale brałam wdech i zmuszałam się. Zmuszałam się, żeby być do bólu funkcjonalną: zmuszałam się do rozmowy, wymiany doświadczeń, do wysłuchiwania czyichś lamentów i historii z życia.
A potem się wciągnęłam, bo jednak ludzie są, w całej swojej rozciągłości, rozmaici i, głównie dzięki temu, zupełnie nieodgadnięci, oryginalni, cudowni i przepiękni.
I okazało się, że umiem słuchać. Że wszystko we mnie było uśpione i chciało wyjść. To był TEN moment, zdarzyć się to miało dokładnie wtedy, ani wcześniej, ani później.
Bo później miałam do wykonania cięższą pracę, w trakcie której właściwie ciągle jestem i z której nie szukam już wyjścia ani ratunku. Teraz szukam siebie, odszukuję w swoim ciele napięcia i je niweluję, szukam schematów myślowych, które nabyłam kiedyś w ramach radzenia sobie z życiem, uświadamiam je sobie i szukam ich w codziennych czynnościach. Z tym akurat jest jeszcze sporo do zrobienia, ale czuję, że jestem na dobrej drodze. Myślę, właściwie ciągle, o tym, jak te szkodliwe zachowania zastąpić jakimiś lepszymi. Wymyślam je, weryfikuję, odrzucam lub akceptuję.
Zastanawiam się, komu być wdzięczną za to, że mam na to czas. Że mam czasomiejsce, moje własne, zależne tylko ode mnie. Zastanawiam się, czy bycie wdzięczną nie jest jedną z moich nabytych strategii.
I tak w kółko, aż do pierwszego bólu głowy, przy którym stwierdzam, że, co by się nie działo, jest pięknie. Z pełnym przekonaniem. I bez naiwności, a po prostu z dobrym nastawieniem.
I to jest celem mojego życia - zatrzymać-wyleczyć-rozwinąć.
W pierwszej kolejności była to złość na innych. Złość na to, jacy są, jacy nie są, jacy mogą być, a nie są, jacy mogą być i z tego korzystają.
Po drugie ogromna złość na siebie, za praktycznie wszystko, czego tylko doświadczałam.
Oraz złość w wersji skumulowanej: na innych. Za to, że są tacy, a nie inni w stosunku do MNIE.
Bo życie było skrajnością, a gdy zaczęłam uciekać przed skrajnością, popadałam w drugą skrajność. Było albo za dobrze albo za źle, albo za gorąco, albo za zimno, albo nazbyt hurraoptymistycznie, albo gdzieś w okolicy dna.
Przestałam uciekać. Najpierw przestałam uciekać przed innymi. Tak, bo proces wyjątkowo nie zaczął się ode mnie. Siebie uświadomiłam sobie na końcu.
Zaczęłam od ciężkiej artylerii. Stałam, nierzadko, zupełnie odsłonięta, przerażona i swoim ciałem wyrażająca tylko chęć ucieczki. Ale brałam wdech i zmuszałam się. Zmuszałam się, żeby być do bólu funkcjonalną: zmuszałam się do rozmowy, wymiany doświadczeń, do wysłuchiwania czyichś lamentów i historii z życia.
A potem się wciągnęłam, bo jednak ludzie są, w całej swojej rozciągłości, rozmaici i, głównie dzięki temu, zupełnie nieodgadnięci, oryginalni, cudowni i przepiękni.
I okazało się, że umiem słuchać. Że wszystko we mnie było uśpione i chciało wyjść. To był TEN moment, zdarzyć się to miało dokładnie wtedy, ani wcześniej, ani później.
Bo później miałam do wykonania cięższą pracę, w trakcie której właściwie ciągle jestem i z której nie szukam już wyjścia ani ratunku. Teraz szukam siebie, odszukuję w swoim ciele napięcia i je niweluję, szukam schematów myślowych, które nabyłam kiedyś w ramach radzenia sobie z życiem, uświadamiam je sobie i szukam ich w codziennych czynnościach. Z tym akurat jest jeszcze sporo do zrobienia, ale czuję, że jestem na dobrej drodze. Myślę, właściwie ciągle, o tym, jak te szkodliwe zachowania zastąpić jakimiś lepszymi. Wymyślam je, weryfikuję, odrzucam lub akceptuję.
Zastanawiam się, komu być wdzięczną za to, że mam na to czas. Że mam czasomiejsce, moje własne, zależne tylko ode mnie. Zastanawiam się, czy bycie wdzięczną nie jest jedną z moich nabytych strategii.
I tak w kółko, aż do pierwszego bólu głowy, przy którym stwierdzam, że, co by się nie działo, jest pięknie. Z pełnym przekonaniem. I bez naiwności, a po prostu z dobrym nastawieniem.
I to jest celem mojego życia - zatrzymać-wyleczyć-rozwinąć.
Subskrybuj:
Posty (Atom)