Całe życie taplałam się w nieuświadomionej złości.
W
pierwszej kolejności była to złość na innych. Złość na to, jacy są,
jacy nie są, jacy mogą być, a nie są, jacy mogą być i z tego korzystają.
Po drugie ogromna złość na siebie, za praktycznie wszystko, czego tylko doświadczałam.
Oraz złość w wersji skumulowanej: na innych. Za to, że są tacy, a nie inni w stosunku do MNIE.
Bo
życie było skrajnością, a gdy zaczęłam uciekać przed skrajnością,
popadałam w drugą skrajność. Było albo za dobrze albo za źle, albo za
gorąco, albo za zimno, albo nazbyt hurraoptymistycznie, albo gdzieś w
okolicy dna.
Przestałam uciekać. Najpierw przestałam uciekać przed innymi. Tak, bo proces wyjątkowo nie zaczął się ode mnie. Siebie uświadomiłam sobie na końcu.
Zaczęłam
od ciężkiej artylerii. Stałam, nierzadko, zupełnie odsłonięta,
przerażona i swoim ciałem wyrażająca tylko chęć ucieczki. Ale brałam
wdech i zmuszałam się. Zmuszałam się, żeby być do bólu funkcjonalną:
zmuszałam się do rozmowy, wymiany doświadczeń, do wysłuchiwania czyichś
lamentów i historii z życia.
A potem się wciągnęłam,
bo jednak ludzie są, w całej swojej rozciągłości, rozmaici i, głównie
dzięki temu, zupełnie nieodgadnięci, oryginalni, cudowni i przepiękni.
I
okazało się, że umiem słuchać. Że wszystko we mnie było uśpione i
chciało wyjść. To był TEN moment, zdarzyć się to miało dokładnie wtedy,
ani wcześniej, ani później.
Bo później miałam do wykonania cięższą pracę, w trakcie której właściwie ciągle jestem i z której nie szukam już wyjścia ani ratunku. Teraz szukam siebie, odszukuję w swoim ciele napięcia i je niweluję, szukam schematów myślowych, które nabyłam kiedyś w ramach
radzenia sobie z życiem, uświadamiam je sobie i szukam ich w codziennych
czynnościach. Z tym akurat jest jeszcze sporo do zrobienia, ale czuję,
że jestem na dobrej drodze. Myślę, właściwie ciągle, o tym, jak te
szkodliwe zachowania zastąpić jakimiś lepszymi. Wymyślam je, weryfikuję,
odrzucam lub akceptuję.
Zastanawiam się, komu być
wdzięczną za to, że mam na to czas. Że mam czasomiejsce, moje własne,
zależne tylko ode mnie. Zastanawiam się, czy bycie wdzięczną nie jest
jedną z moich nabytych strategii.
I tak w kółko, aż do
pierwszego bólu głowy, przy którym stwierdzam, że, co by się nie
działo, jest pięknie. Z pełnym przekonaniem. I bez naiwności, a po
prostu z dobrym nastawieniem.
I to jest celem mojego życia - zatrzymać-wyleczyć-rozwinąć.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz