Myślę o tym, jak wiele się zmieniło. Jak wiele rzeczy udało mi się przemienić tak, by siedziały w mojej głowie na właściwym miejscu.
Nie używałam do tego siły. Ani trochę. Nie musiałam się do niczego przekonywać. Po prostu zmieniłam punkt widzenia. Na początku kwestionowałam wszystko, co było stare, spróchniałe, złośliwe, zdenerwowane i lekko też melancholijne. Czasem rozpaczliwe.
Właściwie to nie kwestionowałam. Po prostu zaczęłam z tym żyć.
I żyję. Bo od niektórych rzeczy nie ma co uciekać. Są ze mną. No trudno. Ale póki nikt ani nic nie pokazałoby mi, że teoretycznie można żyć bez nich (pokazują to w kółko reklamy i dziwne filmy), po prostu zawsze by ze mną były.
Przecież to takie normalne, czuć strach, lęk i wstyd, za siebie i innych. Ich odczuwanie nie jest nawet bardzo nieprzyjemne. Ot, ścisk żołądka. Ot, napięcie mięśni. Ot, jeszcze inne syndromy, które nie są przecież wcale takie straszne. Takie jest życie.
Dziś jechałam na rowerze nową ścieżką rowerową, prawie prosto do domu. Ta ścieżka objawia mi codziennie nowe rzeczy. Przedwczoraj, gdy tylko na nią wjechałam, poczułam, jak bardzo niska jestem na rowerze w stosunku do krzaków, ptaków i chmur. Poczułam się jak obserwatorka całej tej planety, zacieśnionej do jednej polany przy ścieżce. Ale dobrze czasem po prostu patrzeć. Dobrze czasem słyszeć.
Dziś był piękny zachód słońca na który co chwila obracałam się, bo jechałam na wschód. Była pomarańczowa kula, pomarańczowo-różowo-śliwkowo-fioletowe niebo, a przede mną, jakieś 20 kilometrów przede mną wielkie granatowe chmury, z których widać było sączący się deszcz. Więc tęcza oczywiście też była. I tak jest właśnie pięknie - słońce grzeje kark, a na okularach pojawiają się pierwsze, nieśmiałe krople. I tak też wygląda życie - nigdy nie jest jednoznaczne.
Jednoznaczne jest tylko dla nas, bo przybieramy konkretny punkt widzenia. Obserwuję, że bardzo dużo osób widzi tylko granatowe chmury.
Ja wybieram słońce.