czwartek, 22 maja 2014

3.

Wczoraj zrobiłam krok milowy. To był krok, przy którym musiałam cofnąć się wspomnieniami do dzieciństwa. Pozbyć się pochodzących stamtąd przekonań, wytłumaczyć sobie na nowo to, co kiedyś wbijała mi do głowy mama, skonfrontować to z tym, co czuję teraz.

Pokonałam swój lęk, który pielęgnowałam od dzieciństwa. Właściwie warto byłoby zapytać, kto pielęgnował i w jakim stopniu. Najpierw strach przed wyjściem na środek i powiedzeniem wierszyka zaszczepiła mi moja mama. Później, gdy nagle stałam się dorosła (choć nikt mnie o tym nie uprzedził), odczuwałam przed publicznymi wystąpieniami dokładnie te same emocje. Być może dlatego, że nie znałam innych. Na pewno zaś dlatego, że moje dzieciństwo skupiało się na tłumieniu własnych potrzeb. Czasem nawet tych fizjologicznych.

Musiałam spojrzeć na to z innego punktu widzenia. Wciąż mojego, ale jednak innego. Powoli odzywa się we mnie nowy głos. Nic nie mówi, bo nie używa słów, jak ma to w zwyczaju robić mózg. To wewnętrzna intuicja, wiecznie radosny i przyjazny mi nie-głos. Patrzyłam wczoraj na to, co rozgrywa się w moim ciele właśnie z punktu widzenia nie-głosu (nie-głos ma w języku formę męską, ale jestem przekonana, że jest formą bezpłciową, bo płeć nie ma tu zupełnie nic do rzeczy). Obserwowałam i czułam, w którym miejscu zaczyna rozprzestrzeniać się stres i gdzie dokładnie go czuję. Odnosiłam się do niego z szacunkiem, bo wiedziałam, że moje ciało chce dobrze. Uśmiechałam się wewnętrznie do każdej próby ucieczki, uśmiechnęłam się też, mimo pozoru, wtedy, gdy w trakcie stało się coś nieprzewidywalnego.

I, niespodzianka! W ciągu całego dnia byłam nadzwyczaj uważna. Pamiętam prawie każdy szczegół. Może oprócz prezentacji, w trakcie której świadomość włączyłam tylko raz (ta rzecz jeszcze do wypracowania, ale jestem na dobrej drodze). Potem zajęło mi chwilę ochłonięcie po całej sytuacji, ale aż do momentu zaśnięcia nie opuszczało mnie cudowne uczucie mocy i wygranej. Po prostu wygrałam, pokonałam swoje słabości, pokonałam siebie. Zamiast uciec, odwróciłam się na pięcie i spojrzałam w oczy temu, czego swego czasu bałam się wręcz panicznie.

Robię kolejne kroki w przód, z pełną świadomością, bo sama wiem najlepiej, przed czym uciekam. Powoli tych rzeczy i ludzi (a może ludzi przede wszystkim?) jest coraz mniej. Nie wiem, co mnie czeka po pokonaniu wszystkich barier, po zrobieniu porządku tam, gdzie jeszcze mogę czy tam, gdzie mam na cokolwiek wpływ. Gdy skupiam się na bieżącej chwili, wszystko jest prostsze. Bieżąca chwila nie wartościuje, bieżąca chwila jest barwna, pełna dźwięków i zapachów. Nieważne jakich, one po prostu są. I póki daję im być (może nie licząc zapachu palącego się aktualnie na mojej kuchence garnka), daję żyć i być sobie.

Wczoraj, gdy dochodziłam do własnej wewnętrznej wygranej, zakochałam się w sobie - takiej silnej i stawiającej czoła. Zrozumiałam, że na pewne rzeczy przychodzi swój czas i objęłam tym cudownym uczuciem wszystkie moje dotychczasowe błędy i porażki, sukcesy i powodzenie. Zaakceptowałam siebie, w większym stopniu niż dotychczas.

Może to nie milowy krok. Może to już skok. Skok do wody, która jest mętna i nie wiem, co tam odnajdę. Pewnie nikt z mojej przepełnionej patologią rodziny nigdy tam nie był. Przecieram szlaki, odkrywam nowe drogi. Jestem na nieznanym. Ale tym razem czuję się pewnie, bo mam siebie. Z całą moją mocą i całym moim potencjałem.

wtorek, 20 maja 2014

2.

Czasem przytłacza mnie to, jak bardzo to, co "normalne" jest nienormalne.

Czasem przytłacza mnie to, że tylu ludzi chce być doskonałymi, bo ktoś kiedyś im wmówił, że tak trzeba.

Czasem przytłacza mnie to, że ktoś próbuje zostawić na mnie swoje złe emocje, bo został nauczony, że tak właśnie najszybciej można poradzić sobie z wewnętrznym napięciem i dezorientacją.

Wczoraj przytłoczyło mnie to, że matka nazwała swojego syna "pijanym zającem", a ja nie zdążyłam zareagować.

Wczoraj nie przytłoczyło mnie to, że byłam uczestniczką otwartej i bezpośredniej komunikacji, którą tak zwana "normalność" uznałaby za wulgarną.

Gdy coś mnie przytłacza, rozkładam się na łóżku i patrzę za okno. Poddaję się swoim myślom, czasem się wybudzam i je obserwuję. Uśmiecham się do nich, ale uśmiech nie trwa długo. Podobno da się to wyćwiczyć.

Naiwnie czekam, że skończy się ten tydzień i skończy się następny i z nim skończą się wszystkie te rzeczy, które chcę zrobić. Ale potem zaczyna się jeszcze następny cykl rzeczy do zrobienia as soon as possible. To nie ma końca.

Jest na to rozwiązanie. Po prostu być. Ze wszystkim, ze wszystkimi swoimi niedoskonałościami, odnaleźć się w momencie i smakować go, do szpiku kości. Wczoraj jechałam prawie 40 minut na zajęcia, bo wszystko wokoło było cudowne. Nie jestem pewna, czy był to tylko stan euforii, czy po prostu byłam obecna. Nie ma to znaczenia. A przynajmniej nie teraz. I nie tu.

Po stanie euforycznym przychodzi z reguły stan obniżonego nastroju. Wczoraj nie byłam na niego gotowa, jeszcze nie teraz. Ta sinusoida jest za każdym razem tak oczywista, a ciągle o niej zapominam. Narysuję ją sobie na ścianie. Brak gotowości nie wynika z tego, że nie jestem na coś gotowa. Wynika z tego, że nie potrafię czasem zaakceptować. Uczę się. Powoli. Doszukuję się dobrych rzeczy w sprawach, które kiedyś uznałabym za katastrofę. Transformuję rzeczywistość. Robię rzeczy, których boję się najbardziej w świecie.

"Ciekawe, do czego dojdę" - pomyślałam przed chwilą, ale sama ta myśl jest błędna, jest chora. Bo gdy osiągam jakiś cel, na horyzoncie pojawia się natychmiast następny, następny i jeszcze następny, bez końca. Nie znam nikogo, kto osiągnąłby stan określany jako "osiadnięcie na laurach".

Chociaż, gdyby się głębiej zastanowić... to, że moja świadomość jest ze mną i kieruje moimi zachowaniami właśnie teraz, jest swego rodzaju laurem. Bo wybieganie w przeszłość albo przyszłość jest nienamacalne. Nie można za to ani nagrodzić, ani ukarać, za dużo w międzyczasie się działo i może się dziać, o wielu rzeczach zapominamy i pewne zdarzenia interpretujemy tak, jak chcemy albo tak, jak chce akurat nasza nie-świadomość.

Tak, chcę być dla siebie wyrozumiała. Staram się jak mogę.

sobota, 17 maja 2014

1.

Dziś przez głowę przewinęło mi się sto pięćdziesiąt myśli.

Wiem, dlaczego tak się stało. Wiem, dlaczego mój organizm zareagował tak, a nie inaczej. Więc wiem też, jak mu pomóc. I pomogłam. Bardzo dobrze znam swoje ciało. Lubię z niego odczytywać to, co nastąpi.

A zatem nastąpi szał. Już niedługo. Wypowiedziałam pewne życzenie, rzuciłam je w kierunku kosmosu, ale, niestety, ciągle o nim pamiętam. Pewnie się nie spełni. Bo i też za bardzo tego chcę.

Spełniają się te, o których zapomniałam. Spełniają się te, które wypowiadam z nieśmiałym uśmiechem na ustach i te, które wypowiadam już z większym. Śmieję się z nich do granic niemożliwości. A potem nadchodzą, a ja nie wiem, czy to świat żartuje ze mnie, czy to ja ciągle naginam sobie wszechświat.

Wiem, że to wszystko nie dzieje się bez powodu. Jestem wdzięczna. Po całym dniu kontemplacji i czytania śmieszno-nieśmiesznej książki - jestem naprawdę pełna wdzięczności. Do świata. Do ludzi. Do tego, jak wszystko się zmieniło. To cud. Cud, że się przebudziłam. Bez wiedzy o tym, że się przebudzam.

Teraz przebudzam się ze świadomością tego, co się dzieje. To jeszcze cudowniejsze, bo bardziej doceniam.

Ciągle brakuje mi tylko docenienia w tym wszystkim siebie. Może nie wierzę, że to wszystko zrobiłam ja. Wszystkiego tego dokonałam, czy to rękami innych, czy swoimi. Nie do końca wiem, czy to wszytko jest gdzieś zapisane. Bardzo łatwo w to uwierzyć. Ale czy warto tłumaczyć tym cokolwiek? Czy w ogóle warto tłumaczyć?

Może dla odmiany się pozachwycam. Znowu. Więc nie tak bardzo dla odmiany. Ale jednak... zachwyt jest tu wielce wskazany. Osiągnęłam tak wiele w tak krótkim czasie.

Dziś usłyszałam głos. To był czyjś głos, czyjeś słowa, nie mam omamów. Ale jednak poczułam, że TEN właśnie głos jest głosem z wewnątrz, głosem Wszechświata, głosem, który objawił mi prawdę.

Wszyscy ludzie, którzy mówią, coś przekazują. Na niektóre rzeczy w ogóle nie zwracam uwagi. To wstępne odrzucenie cudzych mądrości jest kluczowe. Ale dzieje się samo z siebie. Gdy słucham tego, co naprawdę jestem w stanie usłyszeć - wszystko się zmienia. Nic nigdy nie będzie już takie samo. Nawet teraz, gdy piszę te słowa. Patrzę co i raz przez okno, ale okno zmienia się z każdą sekundą. Chcę poczuć, że ja też się zmieniam. To, co mówią do mnie ludzie zmienia mnie najbardziej. Każde z nich, każda z osób, której słucham jest ważna.

Ale nie zawsze o tym pamiętam.

I to właśnie nowe zadanie dla mnie. Dawać przestrzeń. Słyszeć. Budować przed sobą mały placyk, na którym mogą spotkać się różne idee, różne opinie. A ja będę sobie patrzeć w spokoju na to, gdzie sobie znajdują miejsce i jak sobie żyją. Trochę własnym życiem, a później już moim, przynajmniej te wybrane.

Siedzę obok pachnącego drzewem sandałowym prania i myślę, że wszystko ma swój cel. Wszystko.