wtorek, 20 maja 2014

2.

Czasem przytłacza mnie to, jak bardzo to, co "normalne" jest nienormalne.

Czasem przytłacza mnie to, że tylu ludzi chce być doskonałymi, bo ktoś kiedyś im wmówił, że tak trzeba.

Czasem przytłacza mnie to, że ktoś próbuje zostawić na mnie swoje złe emocje, bo został nauczony, że tak właśnie najszybciej można poradzić sobie z wewnętrznym napięciem i dezorientacją.

Wczoraj przytłoczyło mnie to, że matka nazwała swojego syna "pijanym zającem", a ja nie zdążyłam zareagować.

Wczoraj nie przytłoczyło mnie to, że byłam uczestniczką otwartej i bezpośredniej komunikacji, którą tak zwana "normalność" uznałaby za wulgarną.

Gdy coś mnie przytłacza, rozkładam się na łóżku i patrzę za okno. Poddaję się swoim myślom, czasem się wybudzam i je obserwuję. Uśmiecham się do nich, ale uśmiech nie trwa długo. Podobno da się to wyćwiczyć.

Naiwnie czekam, że skończy się ten tydzień i skończy się następny i z nim skończą się wszystkie te rzeczy, które chcę zrobić. Ale potem zaczyna się jeszcze następny cykl rzeczy do zrobienia as soon as possible. To nie ma końca.

Jest na to rozwiązanie. Po prostu być. Ze wszystkim, ze wszystkimi swoimi niedoskonałościami, odnaleźć się w momencie i smakować go, do szpiku kości. Wczoraj jechałam prawie 40 minut na zajęcia, bo wszystko wokoło było cudowne. Nie jestem pewna, czy był to tylko stan euforii, czy po prostu byłam obecna. Nie ma to znaczenia. A przynajmniej nie teraz. I nie tu.

Po stanie euforycznym przychodzi z reguły stan obniżonego nastroju. Wczoraj nie byłam na niego gotowa, jeszcze nie teraz. Ta sinusoida jest za każdym razem tak oczywista, a ciągle o niej zapominam. Narysuję ją sobie na ścianie. Brak gotowości nie wynika z tego, że nie jestem na coś gotowa. Wynika z tego, że nie potrafię czasem zaakceptować. Uczę się. Powoli. Doszukuję się dobrych rzeczy w sprawach, które kiedyś uznałabym za katastrofę. Transformuję rzeczywistość. Robię rzeczy, których boję się najbardziej w świecie.

"Ciekawe, do czego dojdę" - pomyślałam przed chwilą, ale sama ta myśl jest błędna, jest chora. Bo gdy osiągam jakiś cel, na horyzoncie pojawia się natychmiast następny, następny i jeszcze następny, bez końca. Nie znam nikogo, kto osiągnąłby stan określany jako "osiadnięcie na laurach".

Chociaż, gdyby się głębiej zastanowić... to, że moja świadomość jest ze mną i kieruje moimi zachowaniami właśnie teraz, jest swego rodzaju laurem. Bo wybieganie w przeszłość albo przyszłość jest nienamacalne. Nie można za to ani nagrodzić, ani ukarać, za dużo w międzyczasie się działo i może się dziać, o wielu rzeczach zapominamy i pewne zdarzenia interpretujemy tak, jak chcemy albo tak, jak chce akurat nasza nie-świadomość.

Tak, chcę być dla siebie wyrozumiała. Staram się jak mogę.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz