Nic nie dzieje się bez przyczyny. Nic, zupełnie nic, absolutnie nic. Wszystko, co się zdarzyło, miało się zdarzyć, bo dzięki temu jestem teraz, w tym miejscu. Wszystko, co dzieje się teraz jest takie, jakie powinno być. I to, co zdarzy się niebawem - tego też nie powinnam się bać, bo nie zdarzy się ot, tak, przypadkowo.
Naprawdę w to wierzę. Zaczęłam w coś wierzyć, ale to nie żadna religia, bo wierzę w to prawie bez wątpliwości, czasem po prostu o tym zapominam.
I daję się wtedy wciągnąć w gierki, wyrzuty, spięcia, kłótnie, moje-twoje-racje i inne mało efektywne zdarzenia, które nic w gruncie rzeczy nie dają. Bo nikt nie zmieni ani swoich racji, ani swoich poglądów. Ma być taki/taka a nie inny/inna i koniec.
Im więcej rzeczy odpuszczam, im mniej ich się trzymam, tym lepiej mi się robi. Stresująca i hamująca reakcja na cokolwiek świadczy tylko o tym, że właśnie nad tą rzeczą powinnam popracować.
To, jak odbieram ludzi mnie otaczających świadczy o tym, jak odbieram siebie. Bo tylko siebie jestem pewna, całe życie prowadzę dialog ze sobą i na jego podstawie tworzą mi się myśli o innych ludziach.
Przecież to takie proste. Takie oczywiste. Takie jednoznaczne. A jednak o tym zapomniałam, już jakiś czas temu.
Nie jestem swoimi myślami. Czas je porządnie zakwestionować. Popracować nad tym, jak CHCĘ odbierać rzeczywistość. A nie nad tym, jak ją odbieram. Naprawdę mam wybór. I teraz, po uświadomieniu sobie tego wszystkiego, będę godzić się z moim największym życiowym uzależenieniem - uzależnieniem od lęku, bólu, gniewu i złości. Jest częścią mnie, ale nie muszę dawać mu zawsze pierwszego i najważniejszego, decyzyjnego głosu. I nie chcę.
Nie muszę się nakręcać niczym nowym. Chcę zostać tu, wypełnić swoje ciało i żyć w nim. Nie chcę wypełniać niczyich wyobrażeń o mnie.
Nie są mi już potrzebne.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz