czwartek, 5 czerwca 2014

5.

Momenty oświecające, momenty przypominające, momenty tu-i-teraz. Momenty bez dopalaczy, momenty zapomniane, momenty zakopane za ścianą uzależnień.

Uderzyły mnie dziś wszystkie, jeden po drugim. Kolejność przypadkowa, jeden się kończył, drugi się zaczynał, w tym momencie wchodził też trzeci. Wszystko się zapętliło. Moja głowa sama się zapętliła, nie musiałam nic robić. Nie pomogłam jej ani razu.

Ale to dobre momenty. Poczułam dziś wszystko. Poczułam radość, poczułam smutek. Poczułam gniew, poczułam współczucie i ulgę.

Wiele z nich dopuściłam do siebie i pozwoliłam im zadziałać. W końcu to, co ma się zdarzyć, i tak się zdarzy.

Akceptuję to. I tak nie mam wyjścia. Z jednej strony mogłabym się zbuntować, ale z drugiej... no, po co? Po co szarpać się z życiem, skoro ono i tak przyniesie rozwiązanie. Skoro jest wartością samą w sobie i niesie mnie tam, gdzie czuję, że powinno.

Nawet to, że robię teraz kilka rzeczy, na które nie mam ochoty, jest w jakiś sposób spełnieniem mojego losu. Bo może kiedyś na tej podstawie wyciągnę wnioski. Albo nie zaangażuję się. Lub zrobię to z rozmysłem, raz jeszcze, żeby przekonać samą siebie, że nie warto.

Zaczęłam za to robić kilka rzeczy, które odwracają moją uwagę od tego, czego nie chcę robić, choć chwilowo muszę (a przynajmniej tak to odbieram - przecież wcale nic nie muszę!). Dziś osiągnęłam coś w stylu flow, bo godzina spędzona na jednej czynności minęła mi jak 5 minut. Osiągam ten stan we wtorki między 18 a 19. Osiągam ten stan, gdy śpię.

Dlatego dziś, w trakcie dnia wolnego od zajęć, ucięłam sobie bardzo długą drzemkę. Na początku było mi ciężko. Po głowie kołatały się wszystkie możliwe na ten temat myśli, od "to zwykła strata czasu" po "będziesz spała do rana i nie zdążysz zrobić rzeczy na zajęcia!". Powiedziałam sobie coś, co powinnam sobie mówić prawie zawsze w takich sytuacjach: "ojej." Z największym pożal-się-boże wydźwiękiem, najbardziej ironicznie, jak tylko głos w mojej głowie umie. Wtedy śmieję się z tego tak bardzo, tak bardzo wyśmiewam swoje przywiązanie do wartości typu czas-pośpiech-stres, że puszczam je.

I wpadłam w ten "okropny" sen. Nie obudziłam się ani w lepszym stanie psychicznym, ani nie doznałam w trakcie snu specjalnie oświecenia (choć mawiają, że stan ten jest nieosiągalny i już jest, wystarczy się rozejrzeć), ale obudziłam się na pewno z poczuciem, że zadbałam o siebie. Że to lenistwo, które jest bardziej naturalnym stanem niż cokolwiek innego, po prostu leży w mojej naturze.

Dlatego lubię noc. Lubię czuwać w nocy, lubię siedzieć, czytać i słuchać muzyki. Myśleć. Bo wtedy ci wszyscy szaleni ludzie śpią. Nie ma ich wszystkich w jednym miejscu, w jednym mieście, każde leży w swoim łóżku i cierpi na bezsenność. Ale nie wstaje, nie jedzie do centrum, bo wszystko pozamykane. Nie chcę, by ktoś się męczył, ale nie chcę też, by ktoś męczył mnie.

Zaraz północ.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz